czwartek, 19 kwietnia 2012

Biurowe zwyczaje.

W biurze projektowym, a zwłaszcza wielobranżowym, istnieje pewien rytm pracy. Jak jest zlecenie, to najpierw architekt robi koncepcje. Jeżeli inwestorowi koncepcja się spodoba, projekt przekazywany jest konstruktorowi, który robi obliczenia, dobiera materiały itd. Następnie projektuje się rury - kanalizę, wodę, gaz, ogrzewanie. Na koniec wchodzi elektryk, który wybiera sposób zasilenia, zabezpieczenia, jakąś automatykę i inne tego rodzaju rzeczy.

Idealnie by było, gdyby w biurze istniały grupy pracowników od architektury/konstrukcji, sanitarki, elektryki. Każda grupa miałaby określony czas na wykonanie zadania, a nad wszystkim powinien być jakiś kierownik projektu (że niby project manager). W naszym biurze jest inaczej. Zespoły są, owszem. Jednoosobowe. No i toby nie było złe, problem tkwi w tym, że te zespoły nie mają żadnych uprawnień. Podejrzewam, że praktyka tak jest dość często stosowana - młody student, albo ktoś zaraz po studiach wszystko projektuje załatwia, a projektant z uprawnieniami przychodzi, przejrzy projekt, albo i nie, co tam najwyżej się zawali albo kogoś prąd zabije i podpisuje go, przybija pieczątkę. Gotowe. Projekt leci do inwestora. Ale! inwestor nie kupi bubla... No dobra, jeżeli inwestorem jest jakaś gmina, to często zdarza się, ze kupi bubel. Jednak czasem inwestor jest bardziej wymagający, zwraca projekt przejrzany przez jakichś branżowych fachowców z kilometrową listą poprawek jakich by sobie życzyli. Na pojutrze.

Wracając do etapu projektowania: ideałem by było, gdyba na każdy etap była rozsądna ilość czasu. A zwykle jest tak, że jako elektryk, który dostaje projekt na końcu, muszę go zrobić w 24 godziny. OK. Da się spiąć poślady i zrobić. Zwłaszcza, że to nie są jakieś trudne rzeczy. Okazuje się jednak, że w ciągu tych 24 godzin trzeba wydrukować wszystkie projekty (np 6 projektów wykonawczych, 4 budowlane i 2 specyfikacje techniczne, wszystko dla każdej z branż, czasem wychodzi po kilka tys. stron do drukowania wraz z rysunkami na A0/A1) a w międzyczasie architekt zmieni mi projekt pięć razy. Oczywiście drukujemy sami. I jeszcze przychodzi tu taki jeden szefuncio i pyta się mnie, co tak wolno mi idzie. W tym momencie zazwyczaj mam ochotę walnąć go prosto w nos.

Jeśli uda się już wszytko wydrukować, to trzeba jeszcze ściągnąć projektantów z uprawnieniami, by podpisali się pod projektami. A to trwa, bo nagle okazuje się, że pan od telekomunikacji siedzi w Szczecinie na robocie, pani od sanitarki nie zapłacili za poprzednie projekty i nie przyjdzie, elektryk jest chory, a architekt, jedyny który przyjdzie, odmawia podpisania bubla. No i ja mu się nie dziwię. Też bym nie podpisał.

Bo problem jest jeszcze jeden. Zatrudnieni asystenci to najlepiej, żeby zajmowali się wszystkim. I drogówką, i kanalizą, i elektryką, i może jeszcze architekturą.

A to se ne da.

Kilka dni temu zostałem zmuszony do podrobienia podpisów. Bo jeden projektant nie chciał przyjść, a drugi nie mógł i poprosił mnie, żebym to zrobił. Za tego co nie chciał,  się nie podpisałem, pomimo rozkazów z góry. Za tego co do Szczecina pojechał podpisałem, bo sam mnie poprosił przez telefon, "takie stylizowane r, wie pan!". Dzisiaj koleżanka podpisała się bez wiedzy projektantów. Ale co tam, nikt nie musi wiedzieć, w urzędzie nikt nie sprawdzi prawdziwości podpisu. A potem jeden z drugim się wieszają, bo jakaś hala zawala się, zabijając kilkadziesiąt osób.


Ze złym nastrojem, prosto z firmy, zły pracownik.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz