W biurze projektowym, a zwłaszcza wielobranżowym, istnieje pewien rytm pracy. Jak jest zlecenie, to najpierw architekt robi koncepcje. Jeżeli inwestorowi koncepcja się spodoba, projekt przekazywany jest konstruktorowi, który robi obliczenia, dobiera materiały itd. Następnie projektuje się rury - kanalizę, wodę, gaz, ogrzewanie. Na koniec wchodzi elektryk, który wybiera sposób zasilenia, zabezpieczenia, jakąś automatykę i inne tego rodzaju rzeczy.
Idealnie by było, gdyby w biurze istniały grupy pracowników od architektury/konstrukcji, sanitarki, elektryki. Każda grupa miałaby określony czas na wykonanie zadania, a nad wszystkim powinien być jakiś kierownik projektu (że niby project manager). W naszym biurze jest inaczej. Zespoły są, owszem. Jednoosobowe. No i toby nie było złe, problem tkwi w tym, że te zespoły nie mają żadnych uprawnień. Podejrzewam, że praktyka tak jest dość często stosowana - młody student, albo ktoś zaraz po studiach wszystko projektuje załatwia, a projektant z uprawnieniami przychodzi, przejrzy projekt, albo i nie, co tam najwyżej się zawali albo kogoś prąd zabije i podpisuje go, przybija pieczątkę. Gotowe. Projekt leci do inwestora. Ale! inwestor nie kupi bubla... No dobra, jeżeli inwestorem jest jakaś gmina, to często zdarza się, ze kupi bubel. Jednak czasem inwestor jest bardziej wymagający, zwraca projekt przejrzany przez jakichś branżowych fachowców z kilometrową listą poprawek jakich by sobie życzyli. Na pojutrze.
Wracając do etapu projektowania: ideałem by było, gdyba na każdy etap była rozsądna ilość czasu. A zwykle jest tak, że jako elektryk, który dostaje projekt na końcu, muszę go zrobić w 24 godziny. OK. Da się spiąć poślady i zrobić. Zwłaszcza, że to nie są jakieś trudne rzeczy. Okazuje się jednak, że w ciągu tych 24 godzin trzeba wydrukować wszystkie projekty (np 6 projektów wykonawczych, 4 budowlane i 2 specyfikacje techniczne, wszystko dla każdej z branż, czasem wychodzi po kilka tys. stron do drukowania wraz z rysunkami na A0/A1) a w międzyczasie architekt zmieni mi projekt pięć razy. Oczywiście drukujemy sami. I jeszcze przychodzi tu taki jeden szefuncio i pyta się mnie, co tak wolno mi idzie. W tym momencie zazwyczaj mam ochotę walnąć go prosto w nos.
Jeśli uda się już wszytko wydrukować, to trzeba jeszcze ściągnąć projektantów z uprawnieniami, by podpisali się pod projektami. A to trwa, bo nagle okazuje się, że pan od telekomunikacji siedzi w Szczecinie na robocie, pani od sanitarki nie zapłacili za poprzednie projekty i nie przyjdzie, elektryk jest chory, a architekt, jedyny który przyjdzie, odmawia podpisania bubla. No i ja mu się nie dziwię. Też bym nie podpisał.
Bo problem jest jeszcze jeden. Zatrudnieni asystenci to najlepiej, żeby zajmowali się wszystkim. I drogówką, i kanalizą, i elektryką, i może jeszcze architekturą.
A to se ne da.
Kilka dni temu zostałem zmuszony do podrobienia podpisów. Bo jeden projektant nie chciał przyjść, a drugi nie mógł i poprosił mnie, żebym to zrobił. Za tego co nie chciał, się nie podpisałem, pomimo rozkazów z góry. Za tego co do Szczecina pojechał podpisałem, bo sam mnie poprosił przez telefon, "takie stylizowane r, wie pan!". Dzisiaj koleżanka podpisała się bez wiedzy projektantów. Ale co tam, nikt nie musi wiedzieć, w urzędzie nikt nie sprawdzi prawdziwości podpisu. A potem jeden z drugim się wieszają, bo jakaś hala zawala się, zabijając kilkadziesiąt osób.
Ze złym nastrojem, prosto z firmy, zły pracownik.
czwartek, 19 kwietnia 2012
środa, 4 kwietnia 2012
Kawałek historii
Wszystko zaczęło się jakieś 4 lata temu. Tzn. Firma rozpoczęła działalność. Czasy te nie są tak dawne, jednak w Firmie raczej nikt o nich nie mógłby pamiętać. Tak naprawdę tylko jedna osoba, Z. pracuje tam niemal od początku. Cała reszta zaczęła pracę albo w czasie przemian lub krótko po. Przemiany podobno były, ale na czym polegały do końca nie wiem i prawdopodobnie się nie dowiem.
Rzecz w tym, że niegdyś w Firmie pracowało kilkadziesiąt osób. Podobno. Projektanci, asystenci, wszystkie branże. Architektura, drogi, elektryka, telekomunikacja. Wręcz moloch. Oczywiście struktura tak jak bozia przykazała - prezesi, pod nimi dyrektor, kierownicy projektów, projektanci, asystenci. No miód i orzeszki.
Jak było naprawdę - nie wiem. Ale mogę jedynie przypuszczać, że Firmę dopadł kryzys. Jak większość firm w tym okresie. Szefowie po ogłoszeniu Euro 2012 przewidywali, że wybuchnie bomba i zlecenia wysypią się jak z lipcowego deszczowego nieba. Nie mylili się. Myślę, że zapomnieli o małym szczególe - takich firm jak oni wyrosło wiele i konkurencja na rynku sprawiła, że ceny wykonania projektów spadły tak bardzo, że ciężko było na nich zarobić. W wielu przypadkach raczej należało oczekiwać strat. Wiadomo, że na tym rynku zaniżanie cen jest praktyką częstą, jednak bardzo niebezpieczną, o czym przekonało się już wielu.
Okazało się że dyrektor W. nie podołał zarządzaniu wszystkimi projektami. Zawalił kilka spraw i został w dziwnych okolicznościach zwolniony (bądź zwolnił się sam). Firma pozwała W. na milion złotych za niedopełnienie obowiązków i działanie na szkodę firmy (według słów W. którego poznałem to szefowie zaczęli kręcić z pensją i wpłatami do ZUS i do US, dlatego przestał wykonywać obowiązki). O ile się orientuję, sprawa toczy się do dziś.
Wydarzenia z tamtego okresu rzutują na dzisiejszą działalność Firmy. Kłopoty finansowe sprawiły, że nie ma zbyt wielu chętnych do pracy w tej firmie. Pocztą pantoflową rozniosło się, że wbrew temu co zamieszczone jest w mailowej stopce (że Firma nie jest "Rzetelną firmą". Brakuje ludzi, brakuje zaplecza. Żeby się jakoś utrzymać na rynku startują w ogromnej ilości przetargów. Żeby je wygrać zaniżają znowu cenę. Na granicę albo poniżej opłacalności. I nawet jeśli - pomimo braków kadrowych - projekty są realizowane na czas to większość uzyskanych z tytułu sprzedaży projektu pieniędzy idzie na utrzymanie biura (prawie 300 m. kw. na obecnie 5 stałych pracowników).
Mniej więcej w takiej atmosferze rozpocząłem pracę w Firmie. Szefowie wydają się być w porządku - wiadomo, młodzi, popełniający błędy, ale starający się je naprawiać. Sprawiający wrażenie uczciwych. Nie twierdzę, że nie są. Rozpoczynając współpracę od razu powiedziałem, że czytałem wszystkie niepochlebne opinie na temat działalności Firmy i zastrzegłem, że wszytko będzie super, byleby regularnie pojawiały się pieniążki. To było we wrześnie zeszłego roku. Po 4 miesiącach sytuacja zaczyna się zmieniać...
Rzecz w tym, że niegdyś w Firmie pracowało kilkadziesiąt osób. Podobno. Projektanci, asystenci, wszystkie branże. Architektura, drogi, elektryka, telekomunikacja. Wręcz moloch. Oczywiście struktura tak jak bozia przykazała - prezesi, pod nimi dyrektor, kierownicy projektów, projektanci, asystenci. No miód i orzeszki.
Jak było naprawdę - nie wiem. Ale mogę jedynie przypuszczać, że Firmę dopadł kryzys. Jak większość firm w tym okresie. Szefowie po ogłoszeniu Euro 2012 przewidywali, że wybuchnie bomba i zlecenia wysypią się jak z lipcowego deszczowego nieba. Nie mylili się. Myślę, że zapomnieli o małym szczególe - takich firm jak oni wyrosło wiele i konkurencja na rynku sprawiła, że ceny wykonania projektów spadły tak bardzo, że ciężko było na nich zarobić. W wielu przypadkach raczej należało oczekiwać strat. Wiadomo, że na tym rynku zaniżanie cen jest praktyką częstą, jednak bardzo niebezpieczną, o czym przekonało się już wielu.
Okazało się że dyrektor W. nie podołał zarządzaniu wszystkimi projektami. Zawalił kilka spraw i został w dziwnych okolicznościach zwolniony (bądź zwolnił się sam). Firma pozwała W. na milion złotych za niedopełnienie obowiązków i działanie na szkodę firmy (według słów W. którego poznałem to szefowie zaczęli kręcić z pensją i wpłatami do ZUS i do US, dlatego przestał wykonywać obowiązki). O ile się orientuję, sprawa toczy się do dziś.
Wydarzenia z tamtego okresu rzutują na dzisiejszą działalność Firmy. Kłopoty finansowe sprawiły, że nie ma zbyt wielu chętnych do pracy w tej firmie. Pocztą pantoflową rozniosło się, że wbrew temu co zamieszczone jest w mailowej stopce (że Firma nie jest "Rzetelną firmą". Brakuje ludzi, brakuje zaplecza. Żeby się jakoś utrzymać na rynku startują w ogromnej ilości przetargów. Żeby je wygrać zaniżają znowu cenę. Na granicę albo poniżej opłacalności. I nawet jeśli - pomimo braków kadrowych - projekty są realizowane na czas to większość uzyskanych z tytułu sprzedaży projektu pieniędzy idzie na utrzymanie biura (prawie 300 m. kw. na obecnie 5 stałych pracowników).
Mniej więcej w takiej atmosferze rozpocząłem pracę w Firmie. Szefowie wydają się być w porządku - wiadomo, młodzi, popełniający błędy, ale starający się je naprawiać. Sprawiający wrażenie uczciwych. Nie twierdzę, że nie są. Rozpoczynając współpracę od razu powiedziałem, że czytałem wszystkie niepochlebne opinie na temat działalności Firmy i zastrzegłem, że wszytko będzie super, byleby regularnie pojawiały się pieniążki. To było we wrześnie zeszłego roku. Po 4 miesiącach sytuacja zaczyna się zmieniać...
początek
To oczywiście nie jest tak, że nie wiedziałem. Oczywiście, że wiedziałem jak było. Naiwnie wierzyłem, że pewne rzeczy mogą się zmienić.
Z drugiej strony czy mam prawo do takiego a nie innego działania? Nie mam zamiaru nikogo oczerniać. Na pewno nie będę też pisał nieprawdy. Aczkolwiek prawda ta wyda się czasem zbyt groteskowa. Jest też prawdopodobne, że opisane przeze mnie działania w branży uchodzą za normalne. Jeśli tak - piszcie do mnie.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)